Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/adjuvante.w-uzyskac.naklo.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
Była tak podobna

Wiedział o tym, ale oboje wiedzieli także, że pierwsze godziny po morderstwie mają

Była tak podobna

– Posłuchaj, Hayes, nie jesteś na służbie. Napij się, chociaż może czegoś słabszego, bo
– Nie. – Zamieszał potrawkę z owoców morza i pokręcił głową. – Ale nie myślę też, że
Hairy S walił ogonem o podłogę i poszedł za nią do sypialni. Ubierała się i starała się nie
Powtarzał sobie, że musi zachować cierpliwość. Wsiądzie w następny samolot, choć
szkoleń, tyle lat w policji, a nie może nic zrobić, by ją ratować.
– W każdym razie zadzwoniłam, bo pomyślałam, że mogłybyśmy się kiedyś umówić na
– Żachnął się, jak to on, z denerwującą wyższością, i poszedł do kuchni.
– Oczywiście! – Spojrzała na Olivię z irytacją i pogardą, najwyraźniej rozmawia z
– Dobra, dajmy spokój bzdurom. O co chodzi?
krzesła i jadowicie zieloną kanapę, marmurowy kominek i ścianę wyłożoną lustrami, które
Azjatkę z uśmiechem na twarzy i czarnymi włosami splecionymi w gruby warkocz.
szczupłej talii.
podłodze. Chia skrzeczała, Hairy S szczekał na całe gardło, gdy Bentz niósł żonę do sypialni.
– Bo nie wiem, co odpowiedzieć.

Idąc, niemal kołysał biodrami. Brylant w jego uchu rozbłysł w słońcu. Dobrze, że nie

Bledsoe skrzywił się, wyraźnie rozczarowany, że nikt nie bawi się w jego ulubioną
Pusto.
– Udało mi się natomiast ustalić, że samochód, do którego wsiada obiekt, to produkt
Sięgnął po broń, ale nie nosił jej przecież. Kabura i pistolet leżały w schowku samochodu.
Hayes oddzwonił do Martinez w drodze do restauracji.
Szczerze mówiąc, w tej chwili nic go to nie obchodziło. Liczyło się jedynie
policjantką.
rozsądkowi, że jednak przeżyła upadek. Od tego momentu nikt jej nie widział.
– Najwyższy czas – stwierdził Bentz.
upozorować własną śmierć, to Shana.
A może poniosło go gdzie indziej?
siedzących za barem albo gapiących się w wielki telewizor. Uspokojony, że ten, kto go
Rozdział 4 Dzisiejszego ranka duchy wciąż były niespokojne. Złe. Kpiące. Syczały, miotając się w ciemnościach. Tak jak przez całą noc. Ich niespokojne ruchy nie pozwalały Lucille spać, prześladowały ją, atakowały jej umysł, gdy tylko udało jej się na moment zasnąć. Pojawiły się koło północy, wzdychając w gałęziach dębów i poruszając girlandami hiszpańskiego mchu. Zjawy szemrały przy starym kole młyńskim, które obracało się, skrzypiąc, napędzane strumieniem płynącym przez sad. Chowały się za krokwiami na drugim piętrze wspaniałej, starej, podupadającej już rezydencji, za oknem Lucille. Myślała, że odejdą wraz z ciemnością, gdy nadejdzie świt. Myliła się. Nękały ją nawet teraz, gdy sprzątała szeroki ganek Oak Hill, posiadłości Montgomerych. Wymiotła z kąta gniazdo pająków przypominające kłaczki waty. - Hej, wy tam, zabierajcie się stąd. Idźcie sobie, zostawcie mnie - wymruczała i zacisnęła usta, obserwując syna ogrodnika obcinającego zwiędłe kwiaty róż. Nie spojrzał na nią spod daszka swojej czapki, ale wiedziała, że ją usłyszał. Musiała być ostrożna. Chociaż niektórzy myśleli, że jest trochę stuknięta, że dotknęło ją szaleństwo Montgomerych, Lucille była zupełnie normalna. Nawet normalniejsza niż inni ludzie. Tylko, jak klątwa, ciążyła na niej zdolność słyszenia głosów zmarłych. A ten stary, dwupiętrowy dom z kryształowymi szybami w oknach, kryształowymi żyrandolami i ceglanym gankiem był nawiedzony. Znała imiona wielu z tych duchów, nieraz widziała je na walących się nagrobkach. Niektóre z tych złych, bezcielesnych zjaw to dusze niewolników zmarłych ponad sto lat temu, były też dusze dzieci, biedne małe duszyczki, którym nie dane było dorosnąć. Jedną cechę miały wspólną - wszystkie te złe istoty urodziły się z domieszką krwi Montgomerych w żyłach. Chciała tylko, żeby się uciszyły. By wśliznęły się z powrotem do grobów, tam gdzie ich miejsce. Ale one nie mogły, bo coś okropnego, coś bardzo złego stało się wczoraj w nocy. Lucille nie wiedziała co. Jeszcze nie wiedziała. Otarła czoło rąbkiem fartucha i spojrzała na długi podjazd, jakby spodziewając się posłańca złych wieści, choćby samego szatana. Ale późny poranek był zwodniczo spokojny. Zbyt spokojny. Głosy w głowie nie zagłuszyły szumu płynącej wody ani brzęczenia owadów. Zamiatała wokół kwietników z terakoty, w których kwitły obficie petunie i nagietki, sprawdziła, czy na palmie nie ma szkodników, i wsłuchała się w skrzeczące głosy. Lucille je słyszała, podejrzewała nawet, że inni też je słyszą; jednak za bardzo się boją, aby przyznać, że duchy zmarłych naprawdę istnieją. Caitlyn... na niej to dopiero ciążyła klątwa, biedne dziecko. Jak na jej babce Evelyn... kolejna umęczona dusza. Machając miotłą, Lucille szybko nakreśliła na piersi znak krzyża, nawet na moment nie wypadając z rytmu. Mogłaby się założyć o miesięczne zarobki, że Caitlyn też słyszy głosy, że słyszy w głowie szepty zmarłych. Tak jak Evelyn. Przerwała zamiatanie. Nadstawiła uszu. Warczała kosiarka, ogrodnik ścinał trawę przy stajniach. Piszczała wiewiórka siedząca na dębie, a z daleka dochodził szum samochodów, i mimo tych wszystkich hałasów, Lucille wciąż słyszała głosy duchów - ciche i pełne złości. Czuła, jak się ruszają, wirują, mącąc gorące powietrze, które owiewało jej policzki. Zło wydawało się zbliżać, nie potrafiła go jednak nazwać; nie wiedziała, skąd przychodzi.
sporo wycierpieliśmy. Może jesteśmy zbyt ostrożni. – Wycofała się, jakby się zorientowała,
zaraz jednak zmusiła się do uśmiechu i podeszła bliżej.

©2019 adjuvante.w-uzyskac.naklo.pl - Split Template by One Page Love